O nudzie i innych demonach

„Wino to cudowna rzecz – pozwala zapomnieć o wszystkim, co złe”.
– Ernest Hemingway, Pożegnanie z bronią

Nawet bogowie nie wynaleźli lekarstwa na nudę. A już na pewno nie ci greccy, bo jak się spojrzy na ich perypetie, intrygi, fochy i metamorfozy, to można odnieść wrażenie, że oni sami podlegali władzy wszechpotężnego i opresyjnego ennui. Kilka wieków później najgorliwszych wyznawców nowej religii – chrześcijańskich eremitów – nękał pustynny demon południa, przyprawiając o patologiczny stan tak zwanej acedii, która przejawiała się przygniatającym znużeniem, zniechęceniem do wszystkiego i agresywnym marazmem. Później nudzili się poeci barokowi, romantycy i dekadenci, a dziś nuda, którą Emil Cioran tak trafnie nazywa monotonnym zawrotem głowy, zdaje się być niemal wrodzoną właściwością neurotycznej osobowości naszych czasów. Tyle że nie wynika ona z pustynnego braku wrażeń, a wręcz przeciwnie – z przesytu i natłoku, jakim bombarduje nas wysypisko konsumpcjonizmu i post-kultury. W rozdziawionym ziewnięciu gubi się sens tego całego rozgardiaszu, a że, jak wiadomo, ziewanie jest zaraźliwe, więc ziewamy wszyscy jak najęci, mimo że różnej maści reklamodawcy i dostawcy rozrywki usilnie wpychają nam swoje ponoć niezawodne antidota na nudę.

Bywa i tak, że na ustach zakwita nam zwiędły kwiat ziewnięcia, gdy wlewamy w siebie wino. Bo wina też, jak wszystko inne, mogą być nudne. Wina miałkie i rozlazłe, bezpłciowe, pozbawione charakteru, takie, co to idą na łatwiznę i nawet nie udają, że jest inaczej, typowe aż do zaniku wszelkiej indywidualności, przewidywalne jak wybory w Rosji i filmy Patryka Vegi. Albo znów takie, które pozują na coś więcej, stroją się w piórka i lateks, ślepo gonią za trendami i modami, siląc się na oryginalność, a przy tym robią to tak pretensjonalnie, tak grubą krechą, że aż witki kubkom smakowym opadają i człowiek zakrywa usta dłonią, a do nudy przyłącza się poczucie niesmaku. Pizza z czekoladą i kaparami – niby to oryginalne jest, ale jakoś ciekawości zmysłów nie budzi.

Ale nie to jest najgorsze. Jeszcze nudniejsze są te wszystkie notki degustacyjne, wyświechtane i schematyczne aż do bólu. Czasem ma się wręcz wrażenie, że wypluwa je jakiś komputerowy generator deskryptorów. Wszelkie tego rodzaju próby wtłoczenia wina w drętwy język opisu mają się tak do samego wina jak, nie przymierzając, wizyta u ginekologa w porównaniu do dobrego soczystego seksu. Bywa nieraz, że autor powodowany ambicją uzupełnia opis z generatora własną radosną twórczością, no i wtedy wychodzi już najprawdziwsza perwersja, w obliczu której sam Markiz de Sade oblewa się rumieńcem zawstydzenia. Przykład pierwszy z brzegu: „Postawny i nastroszony kogucik z tego caberneta. W kieliszku jeżą się jeżyny, lepką aromatyczną łzą roni się żywica, a mokry tytoń daje korzenny, jesienny opar. W winie tym zawartych jest sporo leśnych klimatów: mchu, kory, jeżyn, jagód, igliwia, pieczonych kasztanów oraz kawy, lakieru do paznokci, wędzonej papryki, pieczonego mięsa, czerwonego pieprzu”. Pizza z czekoladą i kaparami.

Ale nie to jest najgorsze. Od jakiegoś czasu narasta wokół win z nurtu naturalnego gorąca dyskusja na temat tego, czym właściwie jest naturalność wina, jak ją precyzyjnie zdefiniować, które wina na takie miano zasługują, a które odsądzić należy od czci i wiary w powszechne credo naturalizmu. Przez wszystkie przypadki odmieniane są ilości (nie)dopuszczalnej siarki, kwestia stosowania miedzi, metody klarowania i nurtujący dylemat: filtrować czy nie filtrować, a jeśli tak, to ile mikronów średnicy? Przypomina mi to niemiłosiernie nudne dysputy scholastyczne, pyskówki samozwańczych ortodoksów z mimowolnymi herezjarchami, histeryczne wykłócanie się o to, kto jest depozytariuszem jedynej słusznej doktryny, i tak dalej w ten deseń. Wszystko to niesie ze sobą posmak, a właściwie absmak pewnej chronicznej manii katalogowania, kodyfikowania i ideologizowania w imię nie wiadomo właściwie czego. Biurokratycznego porządku na modłę brukselskich eurokratów?

Ziewam wstrząsany dreszczem nudy i odpowiadam na to anty-parafrazą słów pewnego wysokiego urzędnika państwowego, co do którego sprawności intelektualnej spora część narodu ma poważne zastrzeżenia. To nie ideologia, to ludzie. Pijąc wino, nie mam zamiaru brać na siebie roli audytora zewnętrznego, który grzebie winiarzowi w dokumentacji, weryfikuje miligramy dodanej siarki albo upewnia się, czy kompost był na pewno mieszany zgodnie z ruchem obrotowym Ziemi. Nie interesuje mnie, ile winiarz zdobędzie punktów na teście teoretycznym z reguł biodynamiki, natomiast interesuje mnie, w jaki sposób w swoich winach dopuszcza do głosu to, co jest wyjątkowe, niepowtarzalne i faktycznie ciekawe – owoc i terroir. Prawdziwa zabawa w winie zaczyna się od tej właśnie różnorodności – odmian, gleb, mikroklimatu – i w tym szukam lekarstwa na nudę. Z przepastnego zblazowania wyrywa mnie to, że mogę się dowiedzieć, jak smakuje antykwaryczna katalońska odmiana subirat parent (Partida Creus – Antonella Gerosa i Massimo Marchiori), czemu garnacha z granitów w Sierra de Gredos zyskuje całkiem nową osobowość (Comando G – Fernando García i Dani Landi) albo jakie nowe doznania przyniesie chasselas, który jakimś cudem rośnie od 70 lat na stokach Etny (Etnella – Davide Bentivegna). To właśnie jest ciekawe – ludzie i ich wino. Słowa są zbędne i najczęściej nudne.

Wino z takim trudem poddaje się werbalizacji i wynikającej z niej kodyfikacji, bo przynależy w całości do innej sfery – królestwa zmysłów. Język jako narząd mowy pozostaje bezradny wobec wina, które łączy bliskie pokrewieństwo rodzinne z językiem, ale jako narządem dotyku i przyjemności, z seksem, jedzeniem, tańcem. Jeśli już jakieś wino zasługuje na opis czy wręcz się go domaga, bo takie jest cudowne, niech to będzie literatura, a nie buchalteria.

Carpe diem, carpe vinum.

3 myśli w temacie “O nudzie i innych demonach

  1. Problem w tym, że szukanie nowych podniet spod znaku kolejnych i kolejnych niszowych szczepów, kolejnych i kolejnych mikro-terroir, kolejnych i kolejnych powydziwianych metod nie-interwencji i tak dalej, i temu podobne, jest koniec końców tak samo nudne, powtarzalne, zgrane i kolekcjonerskie, jak wszystkie tu detalicznie opisane nudne zabiegi innych nudnych ludzi. To jest ekscytujące raz, drugi, trzeci, za czternastym już tylko ziewa się wobec faktu, że ktoś odnalazł (i oczywiście pochwalił się, bo przecież, wbrew deklaracjom, nie tylko dla siebie odkrywa, lecz i dla publiki, żeby chwilę pozazdrościła) kolejną niszową ciekawostkę spod znaku rzadkiego szczepu, siedliska, podłoża, metod winifikacji, mikroskali produkcji itd. Cóż, kilku znanych mi weteranów kraftowej rewolucji w dziedzinie piwowarstwa potrafi w chwili szczerości powiedzieć, że po tych wszystkich kolekcjonersko-snobistyczno-niszowych drogach i bezdrożach najbardziej koniec końców lubią wypić porządnego czeskiego lagera, takiego za równowartość 5 czy 6 złotych tuż za południową granicą. I nie informować o tym na fejsie, insta, blogu, vlogu i gdziekolwiek.

    Polubienie

    1. Jasne, na dłuższą metę taka eksploracja wina to pewnie też droga donikąd, jak wszystko zresztą. Kminię porównanie do kraftów, choć tu chyba przesyt może nastąpić szybciej, mimo wszystko wino oferuje większą różnorodność. Powrót do prostego lagera? Pewnie, też tak czasem mam, ale nie korci mnie nigdy, żeby wrócić do łatwego winka z żabki za dychę 😀 no i jednak wina mają też potencjał literacki, chodzi mi o ludzi, którzy je tworzą, ich nieraz przedziwne opowieści, ścieżki, jakimi w ogóle trafili na dziką zapomnianą winnicę itp. Pozdro.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s