Tango na noże i Malbec 1923

christopher-pillitz-the-spirit-of-tango-viii

© Christopher Pillitz

Lata 20. ubiegłego stulecia. Blade światło księżyca sączy się przez gęstą zawiesinę mgły zalegającej w mrocznych zaułkach portu Buenos Aires. Latarnie tlą się niemrawo, po murach przemykają cienie w kapeluszach, a echo niesie stukot obcasów po kocich łbach. Gdzieś za rogiem da się słyszeć przytłumione dźwięki muzyki: rozstrojone pianino, płaczliwy skowyt skrzypiec i rytmiczny chrzęst bandoneonu. To miejsce działa jak magnes – rozświetlone okna, brzęk szkła, zmieszany gwar instrumentów, śpiewu, pokrzykiwań i soczystych przekleństw przyciągają wszystkich mieszkańców dzielnicy portowej. Otwierają się drzwi knajpy i ze środka bucha gorące powietrze, w którym zawartość procentów zdecydowanie przekracza dzienną zalecaną dawkę. Tu wino leje się strumieniami, gra muzyka, tango wzywa na parkiet. Przychodzą tu ci najbiedniejsi, cały dzień harujący w pocie czoła, czekający na fajrant jak na zbawienie, ledwo wiążący koniec z końcem. Prawie wszyscy są emigrantami – z Włoch, Hiszpanii, Niemiec czy Polski. Tutaj mogą zalać smutki alkoholem albo wylać je w rozmowie z przyjaciółmi, mogą posłuchać melancholijnego tanga, ponarzekać wspólnie na los wygnańców i chociaż przez chwilę przydać nieco barw swojemu życiu.

Na parkiecie rządzą compadritos. Kim są te zadzierające nosa chojraki w kapeluszach głęboko nasuniętych na czoło i lśniącym kłem noża za pasem? Każdy jest królem życia, choć żaden nie ma grosza przy duszy ani godnej pozazdroszczenia przyszłości. Pracy wystrzegają się jak zarazy, mistrzowsko tańczą tango, ćwiczą się w walce na noże, piją na umór, czasem za swoje, czasem za pożyczone, a czasem za kradzione. Jak los da. Compadrito to argentyński krewny paryskiego flaneura, tego nieuleczalnego szlifibruka, miejskiego wagabundy, który całe dnie spędza na ulicach, włócząc się bez celu i planu, a na koniec każdej dziennej pielgrzymki trafia zawsze pod ten sam adres, czyli tam, gdzie alkohol rozpala głowy, a muzyka i dobre towarzystwo rozgrzewają serca.

taniec-tango

Urodzony pod ciemną gwiazdą compadrito pozostaje tej gwieździe wierny aż do końca. Robotą się nie zhańbi, a od hajsu o wiele bardziej ceni honor, swoiście pojęty i nieraz powodujący spory, w których talent posługiwania się nożem okazuje się bardzo przydatny. Bywa też tak, że owe honorowe konflikty wybuchają i są rozwiązywane na parkiecie. Dla podchmielonych łbów niewiele trzeba, by błysnęły ostrza i by taniec nagle przemienił się w walkę na śmierć i życie. Bo w tangu granice między tańcem, namiętnością i walką są bardzo cienkie – niczym ostrze noża.

Pod koniec XIX wieku taniec ten rodził się w argentyńskich knajpach, zazwyczaj w bliskim uścisku, w którym łączyły się dwie postacie z marginesu: compadrito i puta. Na formę i kroki tanga w bardzo dużej mierze wpłynęła mowa ciała, jaką compadrito przyswoił podczas ćwiczeń w walce na noże. Można łatwo zgadnąć, że taki typ spod ciemnej gwiazdy nie uczęszczał raczej na weekendowe kursy tańca towarzyskiego, więc kiedy wychodził na parkiet wyuczone ruchy i gesty praktykującego nożownika nieświadomie przenosił do tańca. Widać to choćby w lustrzanym odbiciu ruchów między partnerami w tangu, a także w zatrzymaniach, które nie występują chyba w żadnym innym tańcu.

Wkrótce potem pruderyjna Europa napiętnowała tango jako moralnie oburzające i bezczelnie deprawujące, co nie przeszkodziło mu zdobyć szturmem salonów w Paryżu i innych stolicach Starego Świata. Oczywiście było to już inne tango, ugrzecznione i zmodyfikowane na potrzeby staroświeckich gustów europejskich, w dużej mierze odbiegające od swojego knajpianego oryginału tańczonego przez życiowego wykolejeńca i kobietę z półświatka w latach 20. ubiegłego wieku.

I w tym samym czasie, gdy w spelunkach Buenos Aires compadrito wchodził na parkiet, żeby zatańczyć tango albo pokiereszować frajerską facjatę, ktoś postanowił zasadzić malbeka niedaleko wioski Agrelo w Mendozie, na wysokości blisko 1000 m n.p.m. Prawie sto lat później rodzina Aristi z Bodega Melipal zebrała owoce tych sędziwych krzewów posadzonych w roku 1923. I tak powstał jednoparcelowy Malbec Reserve Nazarenas Vineyard 2011 – wino, które można przysłowiowym i dosłownym nożem kroić. Napakowane jest eksplozyjnym ciemnym owocem spod znaku borówki i czarnego bzu, o drobnoziarnistej, gęstej jak bezksiężycowa noc fakturze. Dobrze napięta struna podskórnej kwasowości i wyheblowane na glancuś taniny tworzą dodatkowy wymiar i kontrapunkt dla superdojrzałego owocu. Beczusia w integralnym uścisku z owocem, alkohol taki jak trzeba. Sporo też goździków i czekolady, jak przystało na oldskulowego malbeka po byku. Jednym słowem – compadrito, co się zowie.

Malbec Nazarenas Vineyard Reserve 2011melipal-1923
Bodega Melipal
Agrelo/Mendoza
(980 m n.p.m.)
Wiek krzewów: 93 lata
Wydajność: 0,5 kg/krzew
Fermentacja: spontaniczna
Maceracja: 30 dni
18 m-cy w dębie francuskim
Alko: 14,9%


Importer: Winkolekcja
W Krakowie tutaj: Bottiglieria

Zakup własny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s